Home Holandia 2013
Holandia 2013 PDF Drukuj
Wpisany przez Krystian Sipiński   

Program pobytu wersja oryginalna (pdf)

Poniedziałek, 4 listopada

04.40

Niektórzy z nas już są na miejscu zbiórki. Trochę niewyspani, ale w znakomitych nastrojach. Ruszamy.

08.00

Warszawa Modlin, lotnisko w polu. Do odprawy jeszcze parę minut. To może zjemy po bułce… ze schabem ?? Może przez następne 3 tygodnie będą schaby na ‘niby-aby’ ??

Odprawa

Idzie sprawnie… aż tu stop. Do akcji wkracza pani celnik. Dawid Werulik… kontrola bagażu, pójdziemy za mną. Profesor Usztel grzecznie pyta; ‘Czy jest jakiś problem’, ‘Nie, rutynowe losowanie do kontroli’; pada zdawkowa odpowiedź ze strony uśmiechniętej urzędniczki. Zastanawiamy się, czy to będzie kontrola bardzo osobista, i mamy powód do wymiany wiele znaczących uśmiechów.

Oddali nam Dawida. Cały. ‘Czego szukali??’ Ano papierosów bez znaków akcyzy. Pewnie Holendrzy nie gustują w nielegalnych używkach od sąsiadów ze wschodu.

Kontrola bezpieczeństwa

Jedna butelka z wodą mineralną ląduje w koszu na śmieci. Czyli jest OK. No może nie do końca. Większość z nas dostępuje zaszczytu ‘pomiziania’ od stóp do głów, oprócz ,oczywiście, pozbawienia pasków od spodni, zegarków, butów i …., a kto wie jeszcze czego. Co się dzieje?? Zaczynamy zadawać sobie pytanie. W końcu; strefa odlotów. Chwila oddechu po dziwnych przeżyciach. To może jakieś zakupy?? Nie, niemożliwe. Ceny wyższe o 50% niż w ‘normalnym’ sklepie. Aż tyle stracili na remoncie pasa startowego?? To może jednak po bułce ze schabem ??

Jaskrawe słońce wdziera się przez okna terminala. Dobry klimat, bramki otwarte. Ląduje samolot, którym za 25 minut pożegnamy grunt pod nogami. Wszystko idzie sprawnie. Zajmujemy miejsca i do zobaczenia Polsko za 3 tygodnie.

Lądowanie

Dlaczego tak trzęsie?? Pewnie sprawdzają, czy schaby były ze znakami akcyzy i chcą je obejrzeć ponownie :) Po lądowaniu ponoć słychać oklaski. Nie tym razem.

Odbieramy bagaże. Dlaczego Kamil zaczyna bieg na 60 m?? Goni bagaż. Złapał. Mina zdobywcy własnej torby warta wszystkiego.

Po chwili siedzimy w samochodach nauczycieli szkoły ROC TerAA; Henry’ego van Wanrooij’a, Marcela Stabela i pana Berbena. Po 15 minutach jesteśmy w klubie sportowym hokeja na trawie. Czeka na nas posiłek. Pierwsze spotkanie z holenderskimi specjałami. Wcinamy. Jeszcze nie zaczęło dobrze się układać w brzuchu, a tu ……. Prezentacja założeń projektu. A to tak ma być. Zero czasu do stracenia. Jutro ogarniemy całość i napiszemy więcej. Dzisiaj chcemy odpocząć. Czasu na aklimatyzację nie zabraknie.

Mini-prezentacja projektu (ppsx)

Jedziemy do Mierlo.

Zapada zmrok. Mamy zaproszenie na kolację w starej wiosce, ale nieprzypominającej naszych. Wszyscy gotowi. E, nie wszyscy. Brakuje Kamila. Gdzie jest Kamil?? Ponoć poszedł szukać internetu. Coraz ciemniej. To gdzie jest Kamil?? Internetu nie trzeba szukać, ale Kamila tak. Sukces. Kamil jest, internet był, bez szukania. Jedziemy.

No to frytki i hamburgery + majonez. A keczup to gdzie?? Nie ma?? Może jest, ale nie narzekamy. Zapełniamy żołądki. A do domu spacer, żeby czasem nie przytyć. Godzina 20 z minutami. Czas na prysznic i odrobienie zaległości na fejsie. Carpe diem. Jutro może nie być czasu na fejsa.

To do jutra. Trzymajcie kciuki. Pierwsze koty za płoty i takie tam.

Lotnisko

Wtorek, 5 listopada

Galera zdjęć  - 5 listopada

07.00

Ktoś puka do drzwi. Sen?? Jawa?? Nie, to profesor Usztel. Dlaczego spod kołdry trzeba tak wcześnie wychodzić i to do pracy?? Po co te pytania. Mamy 10 minut spóźnienia, ale nie wszyscy. Są tacy, którzy rozumieją sens ‘time management’. Jedziemy do szkoły ROC TerAA. Tak się bujamy i niby …. , a tu niespodzianka. Trzeba pracować nad projektem. Kiedy się zaaklimatuzejemy??

 

Zbyt wiele pytań, niewiele odpowiedzi.

Szkoła robi wrażenie. Wszędzie zaawansowane maszyny, specjalistyczny sprzęt. Niebo dla entuzjastów. Zostaliśmy mile przywitani przez Mr J. Smits’a. Wyjaśnił nam system edukacji w Holandii. Tu praktyka czyni mistrza. Ilość uczniów robi wrażenie. 4100 uczniów w jednej szkole. Kto by pomyślał… Do tego te trzy budynki szkolne-małe miasta :) Pozazdrościć. Po zwiedzeniu  głównego budynku szkoły zabraliśmy się do pracy. W końcu należałoby coś zrobić.

Pierwszy dzień minął zaskakująco szybko. Ledwo co zabraliśmy się do pracy a tu koniec. Damy radę? Czy będzie ciężko?

Powrót do domu nie był odpowiedzią na nasze pytania. Coś pachnie pomidorówką- niemożliwe …. Będzie jednak zupa. Makaron, udka and zupa; żeby być uczciwymi.

A na drugie; pulpety w sosie grzybowym. W Holandii w grzybowym sosie…, ktoś znalazł grzyby . Mniam.

To może jednak popracujemy nad projektem??

Za wiele pytań, zbyt mało odpowiedzi.

Najprawdopodobniej trzeba się wziąć do ciężkiej pracy. Jutro lekcja niemieckiego. Dla wszystkich czas przeszły. Czasownikami żyje całe zdanie.

O jeszcze matematyka. To jednak nie są wakacje.

Pozdrawiamy wszystkich

 

szkoła

Środa, 6 listopada

Dzisiaj jesteśmy gotowi 40 minut wcześniej. Coś za coś.

Jedziemy do szkoły. Bez kanapek, bo komu się chce rankiem holenderskim kroić buły i smarować masłem? Pewnie zaraz się na nas to zemści.

Następny etap projektu, musimy użyć power’a czyli teraz trzeba ponadawać po angielsku.

Naszą dzisiejszą pracę tradycyjnie zaczynamy od kawy – najlepszy możliwy start.

Pierwszą rzeczą jaką wykonujemy jest niezwykle interesujące zajęcie, jakim jest zarabianie kabli:) Rozpoczynamy pracę, a inni uczniowie patrzą na nas ze zdziwieniem, pewnie zadając sobie pytanie, po co nam odkurzacz? Spokojnie, to dźwięk jaki wydaje z siebie serwer podczas pracy. Rozpoczęliśmy wstępną konfigurację maszyny, przy której spędzimy mnóstwo czasu.

Po pracy w szkole wybieramy się na spacer przez Helmond, po którym oprowadza nas Anita. Podczas naszej wycieczki widzimy wiele ciekawych miejsc, m.in. imponujący kościół oraz coś co zrobiło na nas największe wrażenie, domy wybudowane na kształt kości do gry.

Profesorowie z Panem Karwatem (jest jednym z członków zarządu powiatu) przygotowują inną misję. Najpierw mają zwiedzić nowiutką szkołę o charakterze ‘rolniczo-spożywczym’. Potem dołączą do nas.

Szkoła rolnicza;

Oddana do użytku 2 lata temu. Dwa wielopiętrowe budynki z łącznikiem, zakładem produkcyjnym, hotelem oraz wellness. Jeden dzień to zbyt mało, żeby zwiedzić cały kompleks. W związku z ogromnymi cenami gruntów szkoła zawodowa mieści w sobie również pomieszczenia służące do wynajmu na prowadzenie firm, w większości współpracujących z daną placówką. Idea jest banalna; szkoła musi zarabiać oraz dbać o należyte wykształcenie praktyczne. Jeśli o tym mowa to do dyspozycji posiadają wiele laboratoriów, szklarnie na dachach, akwaria, terraria, przychodnię dla zwierzaków, sale konferencyjne, mediatekę oraz pomieszczenie z w pełni wyposażoną linią produkcyjną. Co wprawia w zdziwienie? Nie linia do produkcji kiełbasy. Fakt, że co 10 tygodni taka linia jest demontowana i instalowana inna. Maszyny są pożyczane bezpośrednio od ich producenta lub od zakładów wytwarzających dane produkty. Idea? Ano jak zwykle prosta; zakładom zależy na tym żeby uczeń po skończeniu szkoły już umiał się nimi posłużyć. Nie ma czasu do stracenia.

Uczniowie wydziału wellness sami uprawiają zioła i przygotowują specyfiki na ich bazie. W części hotelowej znajduje się obszar dla rekonwalescentów po pobycie w szpitalu. Wcześniej wymienieni uczniowie również uczą się opieki nad pacjentem. Jednym zdaniem; wszystko jest przemyślane od A do Z.

Holandia słynie z deszczu, mamy okazję tego doświadczyć. Woda z nieba nie może się zmarnować. Zbierana jest w kontenerach, oczyszczana i służy do spłukiwania toalet. Klimatyzacja?? Wybudowano studnię o głębokości 120 m. W lato woda ze studni używana jest do chłodzenia a w zimę do grzania na zasadzie wymiennika ciepła. Można tak pisać długo. Wniosek jest jeden. Na etapie projektowania trzeba trochę pomyśleć, by później zaoszczędzić ogromne pieniądze. I to tak wygląda bogactwo Holendrów. Stać ich na ogromne, jak dla nas, pensje, ponieważ myślą i szukają niekonwencjonalnych rozwiązań.

Oficjalne spotkanie z szefową zarządu szkoły ROC TerAA

W dziesiątą rocznicę odnowienia współpracy pomiędzy Zespołem Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1 w Tomaszowie Mazowieckim a ROC TerAA w Helmond odbyło się spotkanie członka zarządu powiatu Leona Karwata z panią Knoet – przewodniczącą zarządu szkoły oraz nauczycielami. W czasie spotkania nauczyciele odpowiedzialni za prowadzenie współpracy otrzymali okolicznościową plakietę oraz upominki. Spotkanie miało na celu podsumowanie wymiany edukacyjnej i opracowanie wniosków do dalszej współpracy między szkołami.

 

Wracamy do Wolfsven.

Ryż + sos + piersi z kury i zalewajka. Do tego surówka z sałaty lodowej. Zapełniamy brzuchy i o 22 gnieciemy poduchy. Odpoczynek. Może sen przyjdzie ?? Kto wie...

Czwartek, 7 listopada

Hej, hej, ty się patrzysz, deszczu lej. Jedziemy do szkoły wykonać prezentację planu projektu.

Profesorowie i Pan Karwat dołączą do nas w czasie zwiedzania fabryki fasad metalowo szklanych.

Na wstępie zaczęliśmy od przygotowania listy życzeń. Przecież każdy wie,że na prezentacji najważniejsze są ciasteczka i herbatka :) Następnie przygotowaliśmy pierwsze szkice dotyczące naszego małego pokazu. Ten dzień coś nam za szybko mija. Ledwo otworzyliśmy „powerpoint'a” a już trzeba gnać do wyjścia.

Spotykamy się przed budynkiem nowo wybudowanej fabryki. Z wiadomości, jakie otrzymujemy od profesorów wynika, że 2 lata temu była to mini budka na obrzeżach Helmond. To się trochę zmieniło, ponieważ jest to teraz firma z 186 mln euro obrotu. Jesteśmy prowadzeni do sali wykładowej i na Samsungu o przekątnej 60+ cali mamy prezentację dotyczącą działalności firmy a najważniejsze dla nas są elementy związane z zarządzaniem IT. 100 serwerów, systemy archiwizacji- Data centre 40 TB. Serwery chłodzone cieczą. Wykorzystanie zasobów sprzętowych jest optymalizowane poprzez wirtualizację opartej o rozwiązania firmy VMware. Nie dziwne. Wykorzystują ok. 150 aplikacji. Komunikacja z oddziałami oprócz Internetu realizowana jest poprzez dzierżawienie łączy światłowodowych. 10 Gb/s. Wszystkie dane są backupowane raz dziennie w innym miejscu. Obowiązuje system duplikacji systemów. UPS’y dużej mocy, ale oprócz tego generator. Powszechnie w użyciu AutoCAD i takie tam…… Mamy prezentację i będzie dostępna na stronie szkoły.

Hm…. Wybieramy się na antresolę hali produkcyjnej. Muzyczka, wiertarki i we względnej ciszy trwa produkcja fasad. Oczywiście również z oknami fotowoltaicznymi. Budynek, jeśli na siebie nie zarobi, to przynajmniej nie straci energii. Myślenie.

Wracamy

Dzisiaj na kolację kiełbasa. Najpierw parzona, a potem smażona. Smak?? Nie jest nam dane iść pójść spać przynajmniej do północy. Jutro możemy się wylegiwać do południa. Warto skorzystać, ponieważ mamy zaplanowane rowery.

Popracować nad prezentacją planu pracy musimy. No musimy.

Piątek, 8 listopada

Dzień się skrócił o 4 godziny. Tyle wystarczyło, żeby dospać poprzednie noce. A cóż to mamy w planie?? Do szkoły nie jedziemy, bo mamy się uczyć rano w Wolfsven (buhahaah). Ledwie czasu wystarcza na porządne wyspanie. Niektórzy jeszcze ukrywają pod kołdrą zaspane oczy, a tu ‘knock, knock’ Holender z rowerami. Że co, że mamy jeździć offroad po 5 dniach ulew??

Trasa rozpoczyna się bardzo klimatycznie. Jest asfalt, drzewka po bokach ale coś tu się nie zgadza. Marcel chyba pomylił drogę, wjeżdżamy do lasu. Przerażenie nakłania do zadania sobie jednego pytania. „Co my tu robimy?” przychodzi na myśl każdego z nas. Leśne drogi, górki i dołki. Wszędzie mokro i brudno.... Przychodzi na myśl drugie pytanie „Przeżyjemy?”. Marcel (Holender jeden) nakłada nam zabójcze tempo. Kamil już nie oddycha, Rafał ledwo pedałuje.

Przy pierwszym przystanku zadaliśmy wspólnie jedno pytanie „Ile jeszcze pozostało nam drogi?”.
Po usłyszeniu iż zostało jeszcze raptem 17 kilometrów miałem wrażenie że Kamil zemdleje. Na szczęście zjadł snickersa i jedzie dalej ! Każdy myślał tylko o kolejnym przystanku.

Drugi przystanek. Mam wrażenie że reszta ekipy już nie żyje, że pedałowanie to już tylko czynność wykonywana samoczynnie. Ponownie zadane to samo pytanie i ponownie grymas bólu i żądza zemsty w oczach chłopaków. Pozostało tylko 13 kilometrów.

Reszta trasy minęła spokojnie. Chyba już przyzwyczaili się do tempa. Jedyne co zwraca na siebie uwagę to ta pustka w oczach chłopaków. Pewnie im wszystko jedno. Przebyte kilometry.

Coś czuje że dzisiaj będzie spokojnie po powrocie. Przejechaliśmy tylko 20 KILOMETRÓW zabójczym tempem. Chęć zemsty została zastąpiona przez potrzebę odpoczynku. Szybki Prysznic i do spania.

Profesorowie z Panem Karwatem unikają naszego losu, ponieważ czas spędzą zwiedzając przytulną i czyściutką szkołę gastronomiczną w Eindhoven. 4 kierunki; gastronomia, piekarnictwo, cukiernictwo oraz obsługa gastronomiczna. Przeszklony dział administracyjny. Nikt nie ukrywa, że pracuje. Absolutna cisza i atmosfera pełnej koncentracji. Warsztaty: wyposażone w najnowocześniejsze maszyny. Część funduszy daje państwo, część pochodzi z zarobku na sprzedaży w restauracji, barze lub sklepie piekarniczo-cukierniczym tego, co wyprodukują uczniowie w czasie zajęć. I nie są to bynajmniej produkty gorszej jakości. Od ‘normalnych’ różnią się ceną, która jest niższa nawet o połowę.

Jesteśmy zaproszeni na lunch w restauracji szkolnej, która jest otwarta dla gości z zewnątrz. Tydzień włoski, więc u wejścia stoi żółty, sportowy kabriolet włoskiej produkcji. W menu zupa dnia oraz do wyboru klika dań kuchni włoskiej. Manager restauracji na głos strofuje wystraszonych kelnerów w obecności gości. Kelnerzy zaczynają stać w pobliżu stołu i patrzeć na spożywany przez nas posiłek. Niezręczna sytuacja i chyba przesada, ponieważ można się udławić, kiedy ktoś patrzy na ręce w czasie jedzenia. Tak się ponoć robi i basta. Kelner ma być dostępny na skinienie palca.

Neunen

Po lunchu zwiedzamy tę wyjątkowo klimatyczną wioskę, słynna z tego, że tutaj żył i malował swoje dzieła Vincent van Gogh. Oglądamy dokładnie te same miejsca, budynki, młyny wodne, które stanowiły tematykę obrazów tego impresjonisty. W miejscach postoju specjalne stanowiska, służące do odsłuchania informacji, dotyczących zwiedzanych atrakcji. Ponadto na szklanej płycie znajduje się zdjęcie obrazu, na którym przedstawiony jest dany element architektoniczny lub widokowy. Nie jest potrzebny przewodnik. Wszystkie kioski informacyjne czynne. W Warszawie są ławki odtwarzające muzykę Chopina. W większości nieczynne.

Uczniowie będą zwiedzać Neunen w poniedziałek.

Chińszczyzna

Wspólny punkt programu. Ok. 18.30 dojeżdża Anita – żona Henry’ego z torbami wypakowanymi po brzegi różnymi specjałami kuchni chińskiej. Nauczyciele polscy i holenderscy wraz z Panem Karwatem zasiadają do kolacji w swoim domku. My raczymy się w naszym. Holendrzy nawet w kuchni chińskiej nie używają soli, ponieważ niezdrowa. Ale to pikuś. Siedzimy przy kolacji często zmieniając pozycję, ponieważ boli nas pewna część ciała. Po 20 km wycieczki „bezdrożami” Północnej Brabancji to mało dziwi. Tyłek nie kryształ, nie rozleci się. Trasa wycieczki możliwa jest do obejrzenia po wpisaniu do Google’a słów: mtb_route_mierlo. Oczywiście pranie jest niezbędne, ponieważ nasze spodnie mają mało wspólnego ze słowem czystość, a więcej ze słowem „Sajgon”. Anita zabiera worek na śmieci załadowany naszą garderobą. Resztę upierzemy w pralni na terenie Wolfsven. O 22.00 nauczyciele holenderscy wraz z żonami udają się do swoich domów.

Najedzeni?? To teraz odpoczynek. W sobotę jedziemy pociągiem do Amsterdamu Ponoć są remonty torów i mamy mieć po 3 lub 4 przesiadki. W końcu coś podobnego do ojczyźnianych warunków.

To do jutra.

Sobota, 9 listopada

Dzień zaczyna się słońcem. Sen to, czy jawa?? Chyba zjawa. Już puk, puk. To jedziemy do Amsterdamu.

We 3 samochody na stację Helmond-Brandevoort dojeżdżamy w 20 minut. W Polsce ten odcinek pokonalibyśmy w 10 minut. Dlaczego? W Holandii co 200 – 300 metrów są ronda i ograniczniki prędkości oraz skrzyżowania z drogami rowerowymi o szerokości podobnej do normalnej ulicy. Tu nie ma co stawiać znaków, że jest 50 km na godzinę. Pomimo znakomitych dróg jedzie się czasem w tempie ślimaka.

Jedziemy w towarzystwie Henry’ego, Anity, Marcela i jego żony Marion. W super nastrojach jedziemy. Poprawionych faktem, że Henry zostawił prawo jazdy w samochodzie syna, który pojechał do Belgii, gdzie mieszka i pracuje. Anita jedzie po paszport. Przecież nie jadą do Polski na szczyt klimatyczny. Bilety na pociąg są imienne i z datą urodzenia. I co z tego? Kosztują tylko 8 euro w dwie strony, bo to bilety grupowe. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka. Na peronie wiater wionie. Słychać trąbę przed pociągiem. Coś przemknęło przed oczami i zmierzwiło grzywy. Podjeżdża nasz. Jedziemy najpierw do den Bosch, potem do Utrechtu, a na końcu do Amsterdamu. Jedno zdanie pisze się 20 sekund. Nasza podróż trwa ponad 2,5 godziny. W Utrechcie mamy powtórkę z rozrywki z piątku, tyle, że teraz to jest maraton po peronach. Na przesiadkę 4 minuty. Bieg. Bye, bye train. Nie zdążyliśmy. Z peronu 7b na peron 15a i potem 8 a i …... Sikuuuu !! W końcu wsiadamy, ale nie siadamy. Na stojaka. Pociągi zapchane jak ekspres Frankfurt-Unewel w dzień targowy. Na ekranach wszędobylskich telewizorów pocieszenie; nie jedziesz autem do Amsterdamu; wytworzysz 75% mniej CO2. Mniam. Klimat na Ziemi się chociaż nie zmieni.

Hamulce i …. Jesteśmy. Amsterdam Central. Wieje jak na Gubałówce. Henry prowadzi nas w miejsce, gdzie ma mniej wiać. Wieje bardziej. To nazad. Marcel z Marion idą po mapy miasta. Przynoszą folder i jest mapa. W drogę, główną ulicą Amsterdamu. Pocinamy. Tramwaje, samochody, kanały. To ludzie też tak mogą wyglądać?? Jeden wielki multikulturowy kocioł. Dochodzimy do kiosku z frytkami. Dostajemy po średniej porcji grubych jak kciuk frytek, ponoć numer 1 w Holandii. Z czym?? Z majonezem. Ufff. Najedzeni. Profesor Usztel przejmuje inicjatywę. Negocjuje z Marcelem godzinę powrotu. Marcel: o 18.30. Usztel: o 16.00. Marcel: o 17.00. Usztel: o 16.30 na głównym placu przy pałacu Królowej (teraz Króla). Zgoda. Skręcamy w bok do pewnej dzielnicy….. Dlaczego tak pędzimy?? Tu kanał, tam kanał….. Chińska dzielnica, świątynia chińska… Rowery leżą porozwalane na ulicy. Tu porządku nie ma. Uwaaagaa!! Zamiatarka wlewa w buty porcję wody. Podziwiamy architekturę. Niektóre domy pochylone jak krzywa wieża w … Pizie. Jesteśmy na głównym placu i spotkamy się o 16.30.

Mamy swoją drogę. Profesorowie z Henrym i Anitą, swoją. Marcel, Marion i ich córka swoją.
Skręcamy w prawo, potem w lewo i docieramy do tzw. "Dzielnicy czerwonych latarni". Okropny tłum, wystawa i specyficzny zapach unoszący się w powietrzu. Błądzimy po ciasnych uliczkach, które "zagubione są we własnych załomach" - powiało poezją :). Jeden z nas dojrzał bar, w którym moglibyśmy zaspokoić swoje pragnienie... Z menu wybieramy soczek..., za 7,5 euro. Na szczęście pokaz egzotycznego tańca, który miał miejsce później zrekompensował nasze koszta. Po wyjściu z baru rozdzieliliśmy się na dwie grupy i dalej zagłębialiśmy się w ciasne uliczki.

Powrót

Tym razem siedzimy. Tysiące świateł zmywają się w kilka równoległych linii. Pędzimy. Przesiadka. Peron 18b. Więcej nie było?? 30 sekund i na przeciwległy tor wjeżdża pociąg. Nasz pociąg. Taki jak polski. Gruchot rzężący. Zasiadamy dokończyć maraton peronowy. Helmond-Brandevoort. Prawie ‘home, sweet home’ . Jeszcze tylko malutkie zakupy i wąchamy przejmujący zapach naszego domku.

Może ktoś pozmywa?? Śmiech. To dobranoc. Niedziela ma być chwilą wytchnienia.

Niedziela, 10 listopada

Sroki pukają do okien ok. jedenastej. Miało być leżenie do góry kołami i jest. Jest pewne, że nic nie jest pewne. Zasiadamy do stworzenia ostatecznej prezentacji planu projektu. Z 5 slajdów zaczyna robić się 30. Tu nie tak, tam nie tak. Często odwiedzamy naszych profesorów. Cień nadziei, że przyjdzie pomoc. Nie zadaliśmy kluczowych pytań w szkole managerowi projektu, to teraz trzeba pożebrać w ostatniej desce ratunku. Bóg stworzył świat i profesora Dołowca. Okazuje się, że między sobą różnimy się. Kamil studiuje protokoły IP. Wyłączył otaczający świat z użytku.

Obiad

Polski. Pulpety z wołowiny w sosie grzybowym, piersi z kury, kluski łyżką kładzione, makaron lub ziemniaki. Do wyboru.

Nasi profesorowie mają wizytę dwóch nauczycieli, którzy opiekowali się uczniami holenderskimi w czasie ich pobytu w Polsce. Spotkanie nie należy do długich.

Prezentacja zaczyna nabierać ostatecznego kształtu, ale dopiero ok 22.00. Jutro pokażemy wytwory myśli i działań. Kto zagra główną rolę?. No, Werulik. Jest liderem projektu. Wesprzemy go, jeśli się zachłyśnie.

To by było na tyle. Oto Shadoki.

 

Poniedziałek, 11 listopada

Nasze narodowe święto niepodległości. O godzinie 7.20 profesor Usztel wraz z Panem Karwatem jadą na lotnisko. My możemy trochę dłużej pobarłożyć.

Po przybyciu do szkoły zasięgamy informacji, dotyczących organizacji naszej prezentacji.
Wybija godzina zero (a właściwie 1100), a my zniecierpliwieni oczekujemy na gości, których ilość nie została jasno sprecyzowana. Pierwszy zbliża się profesor Dołowiec i zasiada ze swoim laptopem w jednej ze szkolnych ławek. Tuż za nim pojawiają się Mr. F. Berben, Mr. M. Stabel oraz Mr. H. van Wanrooy. Prezentacja w naszym mniemaniu przebiega sprawnie, aż tu nagle rozlega się syrena, czy to alarm przeciwpożarowy, czy może bomba :o. Nie, nie to laptop profesora Dołowca, w którym rozładowywała się bateria. Wszyscy zgromadzeni w sali zadają sobie pytanie "Czo ten laptop, czo on?". Po skończonej prezentacji kilka pytań i słowa na które wszyscy czekaliśmy: "Good job" :)

Dzisiaj po pracy nad projektem wracamy wcześniej. Zmiana planów. Do Neunen pojedziemy jutro. Mamy całe popołudnie dla siebie. Obiadek; pomidorówka z makaronem oraz udkiem a na drugie tłuczone ziemniaki z gulaszem z piersi kurczaka z warzywami. Surówka z sałaty lodowej z papryką, pomidorami i kukurydzą. Napchaliśmy żołądki pod dekiel. Świętujemy.

Wtorek  12.11.2013

Pierwsza połowa dnia zeszła nam na solidnej pracy przy serwerze i monotonnym tradycyjnym juz zarabianiu kabli. Drugą połowę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu wsi, w której mieszkał i tworzył Vincent van Gogh czyli Nuenen. Krótki spacer zakończony w restauracji, gdzie spróbowaliśmy tradycyjnej holenderskiej potrawy, która w smaku przypomina polskie krokiety.

 

Środa  13.11.2013

Śniadanie, szybkie myju  i zaspani do szkoły. Dziś czekało nas podłączenie i konfiguracja VPN'a. Kamil nasz fotograf dostał nowe zadanie: ma stworzyć stronę ,na której będzie publikował zdjęcia. Projekt gotowy w 90%. Wracamy do 't Wolfsven pora odpocząć, dziś czeka nas jeszcze festiwal świateł w Eindhoven.

Festiwal jak to festiwal ma swoje zalety i wady. Tłumy ludzi, specyficzna woń unosząca się w powietrzu, łatwo się zgubić mamy pierwszych zaginionych najpierw jeden; uffff znalazł się, ale co to ? Coś się nie zgadza, nie widać kolejny czterech osób. Szukamy się, ale tym razem akcja poszukiwawcza nie przebiega tak sprawnie jak poprzednim razem. No cóż, czyżby kolejna historia bez happy endu... ?

 

Czwartek 14.11.2013

Dziś mogliśmy pospać troszkę dłużej, każdy w swoim cieplutkim łóżeczku. Po śniadaniu krótki odpoczynek i mnóstwo pracy papierkowej. Czekała na nas dokumentacja związana z projektem. Obiad - fasolowa, po polsku, mniam mniam. Resztę dnia pochłonęła praca. Zmęczeni, zasypiamy wcześnie.

 

Piątek 15.11.2013

Dzisiaj dwie wersje. Jedna od Pana Profesora, Druga wersja ze strony uczniów.

Pierwszeństwo ma dzisiaj Pan Profesor. Więc jedziemy z tym koksem.

Godzina 9.09. Po krótkim spotkaniu z dyrektorem Schippers’em dochodzi do podpisania listów intencyjnych, dotyczących realizacji projektu unijnego z komponentem ponadnarodowym, który nasza szkoła - ZSP 1 w Tomaszowie Mazowieckim ma realizować wspólnie ze szkołą ROC Ter AA. Tytuł projektu :

Dodatkowe umiejętności - większe możliwości – Zostań inżynierem po skończeniu ZSP 1 oraz

komponentu ponadnarodowego w projekcie:

Wykonanie elementów mechanicznych i elektronicznych, projektowanych w CAD/CAM we współpracy w grupie wielonarodowej metodą projektu

 

Profesor Usztel odbywa 3 spotkania studyjne z nauczycielami holenderskimi, mającymi współpracować w jego realizacji. Organizatorem wszystkich działań był Henry van Wanrooy – koordynator wymiany ze strony partnera z Holandii.

Druga wersja pisana przez uczniów. Sami oceńcie która lepsza :)

Pobudka, pierwsza myśl - projekt. Krótka analiza naszej pracy, jest git, oby tak dalej. 1400 nasi niedzielni kierowcy zabierają nas do Mill, do Mr.Peels'a (jednego z nauczycieli w ROC ter AA), który zaakomodował restaurację na swój dom. Po wejściu do budynku dwa bary, karaoke, kolekcja butelek z całego świata :), zabytkowy fortepian i akordeon, to wszystko zrobiło na nas ogromne wrażenie. Krótkie przywitanie, zapoznanie sie z przepisem i do dzieła robimy "stew", tradycyjną holenderską potrawę. Dawid W. przygotowuje ziemniaki z "kiszoną kapustą". Z kolei Dawid P. zajął się pyrkami z jarmużem. Kamil i Rafał mają za zadanie obrać i ugotować kartofle wraz z cebulą i marchwią. Krystian i Kuba natomiast przygotowują ziemniaki i kalafiorem. Po długim czekaniu, aż wszystko będzie gotowe pora na degustację naszej pracy. Ja nie mogę niebo w gębie. Teraz pora na chwilę relaksu, rzutki, karaoke i socialize soczki. Wszyscy zdrowi fizycznie, nie każdy na umyśle, jednak każdy myśli sobie, chce mieć taki "dom". Przynajmniej przez tydzień.

Sobota, 16 listopada 2013

8.32 i 50 sekund czasu gwiazdowego układu międzygalaktycznego Wolfsven. Nadlatuje rój meteorytów ze strony wrogiej rasy professssorufffff. Pierwszy atak odpiera Kuba. Doznajemy lekkich uszkodzeń poszycia. Uruchamiamy roboty do zmywania, odkurzania i czyszczenia. Ładujemy działa. Strzelamy do pojedynczych meteorów i cało wychodzimy z opresji. Najazd wrogiej rasy odparty. Tym razy skoczyliśmy w nadświetlną, wykorzystując ostatnie zapasy energii. ‘Potwory’ zostają szybko w oddali, bo nieruchawe.

Kontynuujemy naszą misję odkrywczą. Tym razem do mało znanego naszej cywilizacji układu Antwerpia słynącego z tego, co na naszej planecie najdroższe – diamenty. Ulubiony gadżet każdej damy, którą bardziej lub mniej kochamy. Po 2 tygodniach naszej misji już kochamy wszystkie damy, ale nic im dziś nie damy. Za patrzenie nie trzeba dawać diamentów.

A teraz na poważniej.

3 samochody; Marcel+Marion, Henry+Anita, profesorowie no i my, biedne Shadoki, które z porannego szoku wyszły tylko trochę poobijane. Ale za to jaki mamy błysk w domku. Pałac, kurdę. W drogę. Popodziwiamy widoki. A kuku ! Niczego nie widzimy, ale nie dlatego że śpimy. Mgła jak mleko od holenderskich włochatych jałówek. Albo deszcz, albo mgła, buhaha, buhaha. Suniemy po gładkiej jak stół autostradzie. Wnet, łubudu…… czo się stało, czo się stało ?? Wjechaliśmy do Belgii. Pyza na polskich-belgijskich ścieżkach. Szumi, trzęsie nic nie widać. Life. Podjeżdżamy pod dom syna Henry’ego – Erick’a, który jest zawodowym hokejarzem na trawie. Klub wynajmuje im domek. Mieszkają w kilku. Mini Hogwart, mgła, duchy i inne otwieracze oczu ze zdziwienia. Erick dołącza do naszej wyprawy.

Tuptusie w drogę. Po lewej ponoć port, wielki port, ale widzimy wielkie nic, bo mgła. Parkujemy na wielopoziomowym parkingu. Strefa oznaczona ‘marchewką’, bo strefa z ‘żółwikiem’ minęła. To nie żarty, tutaj oprócz liczb oznaczających poziomy są takie znaczki, na wypadek jakby się bejbi zgubiło.

Wyruszamy na podbój następnego wielokulturowego molocha. Trafiamy na przyjęcie tutejszego Mikołaja – Sinter Klaas. Idzie orkiestra, marsza gra …… o profesor Usztel ma bardzo dziwnę minę. Czo to jest?? A…..Holendrzy robią mu zdjęcie z czarnym Pitem. Czym??? No, ich Mikołaj ma pomocników – czarnych Pitów. I ponoć o to wielka walka w Holandii. O co c’mon – we don’t know. O zaczynamy mieszać angielski z polskim – niedobrze. Dostajemy po ….. dmuchanej rękawicy wielkości krowiego wymiona. Turlamy się ze śmiechu, skojarzeń jest więcej. Nasi gospodarze nie kumają dalej. To ruszamy do największej katedry w krajach Beneluxu. 500 lat historii. Wieża 150 m wysokości, ale góra w mleku.

Idziemy ulicą, na której znajdują się sklepy z diamentami i innymi ozdóbkami. Co dziwi? Ulica w stylu ….. ?? Ale diamenty ładne, tylko cena spora... Kierujemy się w stronę stacji kolejowej.

Jedno pytanie. Jak można poświęcać uwagę kulturze i pięknym budynkom, kiedy żołądki wręcz błagają o cokolwiek do jedzenia. Ledwo możemy dosłyszeć słowa Anity, które są zagłuszane przez burczenie naszych brzuszków. Następuje zacięta walka między Profesorem Usztelem a Anitą. Kawa vs Pizza. Nasz błagalny wzrok chyba przekonuje Anitę. Jednak nie może być tak pięknie. Zamiast pizzy za 22 euro za sztukę, kanapka z SubWay. Brzuch przestaje burczeć, ale nie na długo. Anita wpada na rewelacyjny pomysł. Godzinka wolnego. Oczywiście na zwiedzanie tej pięknej stacji kolejowej.... Już to widzę. Po rozstaniu pierwsze kroki kierujemy do supermarketu. Trzeba uzupełnić stan soczku w lodówce. Po odejściu od kasy czas na trudną decyzje. McDonald czy Kebab. Decydujemy się na McDonalda lecz po pierwszym zerknięciu na cennik bez słowa odchodzimy w stronę budki z kebabem. Resztę naszej wolnej godziny spędzamy na spożywaniu tego tureckiego dania z nadzieją, że po upływie tego czasu wsiądziemy do samochodów i będziemy mogli się udać do domków. No i ponownie przecież nie może być tak pięknie. Przychodzimy punktualnie na miejsce spotkania. Po krótkim oczekiwaniu na Anitę dowiadujemy się że poczekamy jeszcze troszkę.

Czo się stało ? Marion chciała udać się do miejsca, gdzie król piechotą chodzi, a drzwi są wahadłowe, takie na sprężynę i biedactwo poznało siłę napięć sprężystych. Nos fioletowy, ambulans jedzie... Coraz lepiej. Uffff, nie do niej. Henry sprawdza uszkodzenia drzwi, bo drogie. Drzwi całe, nos Marion nie całkiem. Dalej czekamy przed sklepem z diamentami. 3 całkiem niezłe 'sikorki' siedzą na ławeczce i ….. Czo to ? Butelka z... wódką ??, Nie, wodą ?? Na pewno nie. Martini..... O tak. Rozlewane do kubków. Jak polscy menele, tylko poziom intelektualny ulicznego melanżyku trochę wyższy. Oblizujemy się. Mniam.

Ruszamy

Marion dostała się do sklepu z mydełkami, szamponikami i innymi pachnidełkami... No, bo przecież takie piękne miasto... Ciepło na dworze... Całe 4 stopnie w słońcu.... :) we mgle.
Te 40 minut stania przed sklepem będziemy chyba jeszcze długo pamiętać. Ale tym się teraz nie przejmujemy, Marion wyszła ze sklepu po zdobyciu dodatkowej porcji lodu dla swojego nosa. Marcel płaci za torbę zakupów żony. Minę ma trochę dziwną, ale co tu nie jest dziwne ?? No, Możemy ruszać w drogę do upragnionego domku w środku lasu. Biegiem wymijamy najróżniejszej maści Homo Sapiens. Parking, marchewka. Siad. Odpalamy rajdówki i jazda..........

Po krótkiej 2 godzinnej jeździe autem w totalnej mgle doczłapaliśmy się do łóżek. Jeszcze nigdy się tak nie cieszyliśmy z powrotu do tego domku... Dobranoc; Nie dla wszystkich. Usztel dorwał Ptasińskiego i Rybaka i zrobił im Imperfekt. Dostali po 5+. Dowody zbrodni na naszych umysłach zawieziemy do Polski.

To już koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni możemy iść....... człap, człap.......... :)

Niedziela, 17 listopada.

Chyba wstaliśmy? Do widzenia.

Imperfekt siedzi nam w głowie. Więcej nie damy rady napisać. Nic na to nie poradzimy...

 

Poniedziałek, 18 listopada 2013

Kto chce niech wierzy, kto nie chce niech nie wierzy. Wczoraj lulu o 21 z minutami lub ok. 22. Nie, nie pogięło nas. Fakt. Po ryżu z jabłkami i śmietaną, pure z groszkiem i z jajkami pożegnaliśmy się z profesorami.

Dzisiaj;

Czy dzisiaj jest dzisiaj?? Czy może jutro ?? 7.10 ostre budzenie …. E nieee. Nie śpimy. A kuku. W ośmiu wybieramy się do szkoły. Kawka, herbatka czy czekoladka. Maszyny nauczycielskie produkują polskim uczniom to, za co w szkole bulimy kaskę. Mamy tego do woli. Serwery tną ciszę monotonnym buczeniem. Problemy z komunikacją?? Tak, odkurzacze serwerowe kłują w uszy. Profesorowie badają sytuację. Sipa lata pomiędzy jednostkami jak spuszczony jamnik do wyniuchania zestrzelonej kaczki. Kamil tworzy stronę holenderską ze zdjęciami z wymiany. A gdzie zdjęcia z wymiany na naszej stronie?? Chyba będzie ostra rozmowa z Usztelem. Będzie dźg. Na milion %.

Profesor jedzie na zakupy, a my do roboty.

Hej ho. Hej ho. Do pracy by się szło. Profesora nie ma to można troszkę zrzucić z tempa. Sipa już nie lata jak jamnik… Ziółek już nie udaje, że pracuje… Rafał już nie trzyma zarabiarki do kabli udając, że ma coś do roboty… Dawid dalej siedzi przed monitorem i udaje, że czyta. Pewnie nie zauważył opuszczenia Profesora. Tylko Kamil nie zwolnił. Ale to chyba, dlatego że bardziej się już nie da.

O 14.45 wraca profesor i odbywa wraz z profesorem Dołowcem spotkanie z jednym z nauczycieli, dotyczące projektu unijnego. Następnie idzie do wydziału elektrotechniki poznać ucznia, który będzie u nas w szkole miał odbywać praktyki. Ponoć w czasie praktyk ma uczyć AutoCad’a naszych uczniów – heheheh – po angielsku – buhahahahhhhaaa. 15.30 nasze żołądki jak orzeszki. Mózgi wyprane, skarpetki nie. Nic nie czuć. Mamy wynalazek średniowieczny na nogach ……. Buty??

Jeszcze tylko krótki postój i otwieramy drzwi do naszej ‘Chatki Puchatka’. Oraz do profesorów. A czo to?? Pomidorówa gęsta jak sobotnia mgła, pure i szynka wieprzowa w sosie. Ładuj, cel, pal ……. Już nie możemy. A tu nie..spo..dzian..ka ……. Trzeba strzelić jeszcze po lodzie w wafelku. Tak na deser. To co będzie z nami. Z pustego w pełne. Same skrajności.

Pojedli. To teraz po…... Ktoś puka…. Czy to dźg??

Potwierdzam. Dźg pojawił się u nas w drzwiach. Strach w oczach. Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie? Mickiewicz w Holandiii, co jeszcze. Refleks to podstawa. Szklanki z soczkiem pod stołem i czas na rozmowę J Krótka lekcja na temat sprzątania w domku. Troszkę o jutrzejszym obiedzie i zaproszenie na wieczorną lekcje niemieckiego i matematyki. Bo przecież mamy za mało pracy przy projekcie. Ile kropek napisać, żeby oddać stan ducha?? Chyba milion kropek. Wykładzik wysłuchany, soczek dopity. No trudno. Jak trzeba to,  trzeba. Soczku brak, można się uczyć.

Po wielu godzinach wykładów na temat Imperfektu, czy też cząstek splątanych w teorii Heisenberga, czy podróżach w czasie oraz wpływie siły Coriolisa na butelkę coli waniliowej stojącej na korku i powiązaniu tego z Werulem zadajemy sobie pytanie. Dlaczego teraz dowiadujemy się o jakichś cudach rządzących łez padołem.

Czo ten Ptasiu chińczyk? Czo on? Ptasiu między ustami a brzegiem pucharu. Między łożem a podłożem. Nie jest źle. Sleep, sleep, sleep.

Dobra. A teraz siusiu, paciorek i spać. Goodbye my love, Goodbye… No może to nie cytat z Abby ale i tak Abba na dobry sen.

Wtorek, 19 listopada

Tu rondo, tam rondo, jedziemy do szkoły i tak to wyglondo. Rytuał kawowo – czekoladowy dopełniony.

Zasiadamy skończyć projekt.

Pracy dużo, a czasu mało. Zostało nam do skończenia parę bardzo skomplikowanych rzeczy do zrobienia. Boimy się czy zdążymy. Do roboty...

Na koniec ciężkiej pracy zasiadamy do zdawania egzaminu na pierwszy w naszym życiu certyfikat Microsoftu. Wybieramy OS. Zdają 2 osoby…… Sipa najlepiej, a drugi jest Kamil. We czwartek Sipa ma zdawać drugi egzamin. Tym razem z serwerów. Certyfikaty są drogie, więc podejdzie tylko Krystian, bo jest największe prawdopodobieństwo, że nie zmarnuje vouchera na certyfikat. Będzie podchodził o 20, ponieważ wcześniej są zebrania z rodzicami i wszyscy są zajęci.

Wracamy późno.

Do naszych wyczulonych na woń papu nosów dociera znany zapach…. Kapuśniak. Ładujemy. Na drugie danie lasagne, czy jak to się tam pisze.

Pojedli? To do roboty…. Przygotować prezentację i dokumentację projektu. Nastąpiła nieoczekiwana planów zmiana. BBQ u Richard’a van den Elzen’a we środę i tam również prezentacja.

Szał ciał, łakarimaska andżin san.

 

Środa, 20 listopada

Wyruszamy do zakładu ‘Sulzer-Eldim’. Produkują części do silników odrzutowych, takich jak w samolotach pasażerskich. Przyglądamy się prezentacji, przygotowanej przez 2 praktykantów ROC TerAA odbywających tutaj staż. W międzyczasie nawilżamy podniebienia; cola, soczki, woda.

Następnie zwiedzamy zakład. HiTech. Latanie musi być bezpieczne.

Czas na punkt programu nr 2. Arcen. Browar Hertog Jan. Sklep zakładowy wypełniony finalnym produktem oraz tysiącami gadżetów. Zaczynamy wycieczkę. Na szczęście profesor Usztel dał nam wcześniej wykład dotyczący warzenia piwa w języku, który i tak przestajemy rozumieć – nasz ojczysty.. Skąd on to wie?? Uczył mikrobiologii spożywczej w Gastronomiku. No to idziemy posłuchać w języku Van Gogha historii o piwie. Najpierw dostajemy kubki. Papierowe…. Po czo?? Aha, spróbować wody, na której warzone jest piwerko. Woda jak woda. Mokra. Następnie wspinamy się po schodach do warzelni. Miedziane zbiorniki, a w środku to, co potem będzie piwem. To się rozglądamy, bo nie rozumiemy ani słowa. Mamy na kartkach po angielsku, ale słownictwo wykracza trochę poza naszą wiedzę. Wyrzucamy kubeczki po wodzie. Błąd. Zaraz wytłumaczymy, dlaczego. Przechodzimy do sali, w której niczego nikt tłumaczyć nam nie musi. Krany w ruch, szklany w ruch, para buch. A siku?? A kuku, nie siku. Za 10 minut. Lądujemy w piwnicy. Tysiące przykurzonych butelek. Wtem przewodnik otwiera jedną z nich i rozlewa gęsty płyn ciemnego Hertog Jan Prestige do ...... kubeczków. Normalnie zdrada. Nasze oczy zaczynają search za możliwością wyrwania kubeczka jakiemuś Holendrowi. Nie musimy jednak kombinować, bo z pomocą przychodzi przemiła pani. Rozdaje nam kubeczki, które zacharpciła na pamiątkę. Do kubeczków wędruje po ok. 20 ml ciemnego jak czekolada specjału. Do biegu, gotowi … start do toalety. Pędzimy we trzech + Usztel. Wyścig do pisuaru zakończony sukcesem, ale Profesor musiał poczekać. Doczłapał się na końcu…… E, nie jest źle, bo jest jeszcze kabina. Wszyscy happy. Dostajemy po pamiątkowej szklaneczce w pudełku i na zakupy. Zapełniamy torby prezentami. Idziemy na drugą stronę. Restauracja. Nad ulicą rura, prowadząca piwo prosto do kranu w barze. A tam. Dostajemy orzeszki i jakieś kulki mięsne. Na podstawkach do piwa zapisujemy się w historii zwiedzających browar. Ruszamy na BBQ.

No cóż. Może nie jest to BBQ na taką skale jaką sobie wyobrażaliśmy. Podobno na grillu powinien być grill. Ale, co ja tam mogę wiedzieć. W Holandii na grillu jest ognisko i parę ciężkich żeliwnych garnków.
Pierwsze co zauważamy to swojski chleb pieczony na ogniu a obok masełko z ziołami. Mniam, palce lizać. Po tej przystawce dostaliśmy po rozmawiaczu w łapkę na odstresowanie przed prezentacją i czekamy na wszystkich zaproszonych. Dołącza do nas Anita wraz z córką Marcela oraz uczeń, który ma spędzić w Polsce 2 miesiące na uczeniu AutoCADa. Wszyscy na miejsca, gotowi, start. Prezentacja w naszym wykonaniu najlepsza w prawdzie nie była, ale najgorsza też nie. Niestety nie może być za pięknie. Jak wiemy, kto pyta nie błądzi. Holendrzy chyba podłapali to przysłowie ponieważ zasypali nas milionem pytań.

Uff już po wszystkim. Upragnione papierki w łapkach. Wszyscy zadowoleni. Czas na dalszy plan „imprezy”. Pora zrobić coś do jedzenia. Oczywiście wspólnie bo przecież działamy jako drużyna. Instrukcje w łapkę i robimy jabłecznik. Mróz, Deszcz. Wszyscy schowali się do przytulnego pomieszczenia ale nie my. My jesteśmy Polakami ! Zrobimy ten jabłecznik niezależnie od warunków pogodowych ! Ciasto gotowe, jabłka przygotowane, teraz wystarczy tylko ułożyć wszystko w kotle i na ogień. W tym wszystkim pomaga nam człowiek który organizuje takie swojskie imprezy. Bo wiadomo że w dzisiejszych czasach aby upiec coś na ogniu czy ogólnie rozpalić ognisko trzeba zatrudnić specjalistę.

BBQ pełną gębą mija dość szybko. Godzina 23:00 wracamy do domku. Teraz tylko szybki prysznic i spać.

Czwartek 21.11.2013

Dzisiaj tylko jedno słówko :

SPRZĄTANIE !

No może jeszcze jedno.

Pakowanie...

Piątek 22.11.2013

Latanie ! Do zobaczenia w RP